07 listopada 2011, 21:10:27
Ścinki coraz rzadsze, znaczy moja natura staje się coraz bardziej uporządkowana. Pfrrrhahahahaha!...
* * *
Przeczytani wreszcie "Nędznicy". Uch. Książka wspaniała - choć gdybym przedzierał się przez nią parę miesięcy - shame on me! - jakieś parę lat temu, zestawienie jej oceny i czasu lektury stanowiłoby niepogadzalną sprzeczność wewnętrzną. Pisałem już, że się starzeję się?
Książkę należy czytać z kluczem. Hadko howoryty, ale klucz polega na zastosowaniu wobec niektórych a sporych fragmentów powieści metody [nie mojej] wczesnoszkolnej, stosowanej wobec opisów przyrody. Delikatnie pomijamy, nie czyniąc sobie z tego powodu żadnych wyrzutów; kto przebrnął, ten wie, o czym mówię. Dla reszty wyjaśnienie: książka zawiera kilka, ale za to parudziesięciostronicowych [sic!] dygresji - dygresji wg mnie, wg oficjalnych interpretacji to właśnie wątek stanowi jedynie tło dla opisu Francji czasów rewolucji i porewolucyjnych. Pół biedy zresztą, kiedy owe perory dotyczą np. Waterloo czy [kolejnych] rewolucji, w tych przypadkach owe kilkudziesięciostronicowe passusy można czytać "for educational purposes". Ale umieszczona w drugiej części fascynująca opowieść [jak najbardziej współgrająca z akcją] o historii powstawania paryskich kanałów ściekowych? I tak przez parędziesiąt minut lektury? Dla kogoś, kto w Paryżu był cały jeden raz, nie znając języka, a kulturę tak o, i dla kogo topografie miejscówek zajedno mogłyby opisywać np. Londyn? Litości, panie Hugo...
Wyjaśniwszy sobie techniczne przygotowania do lektury, skupić się można wreszcie na książce per se. A jest ona doskonała. Ponapoleońska Francja, brud, smród, ubóstwo, krzaki i wilkołaki. W jakimś [memoria fragilis est...] miasteczku zjawia się biskup, personifikujący ewangeliczne ubóstwo i miłość bliźniego. Któregoś dnia na plebanii zjawia się zbiegły galernik, Jan Valjean, w zamiarach niedwuznacznie dobrych inaczej...
Jak wspomniałem, książka jest doskonała. I może nawet w moim homeopatycznym oglądaniu TV tego oglądania jest za dużo, może widzenie świata, z którym polemizuję, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością [podobnie jak feministyczna opozycja wobec masowej - ich zdaniem - dominacji Panów i Władców w domu i zagrodzie, połączonej z takoż masowym dialogiem za pomocą sznura od żelazka i traktowaniem płci pięknej nieledwie niewolniczo], ale książkę ukochałem za pokazanie niezmienności natury ludzkiej i onelinerowe jej diagnozy, funkcjonujące na zasadzie rodzynek w smakowitym cieście. Bo - jak wspomniałem - wizja, z którą polemizuję, zakłada nieustający marsz ludzkości ku lepszemu. A Hugo pokazuje, że nie tylko war never changes, ale ludzie either. Kanalie pozostaną kanaliami, świat nie jest zepsuty do końca, ludzie zawsze będą lecieć na lep idei, mądrych lub mniej mądrych, a ojcowie się starzeją i kiedyś przestaną być całym światem dla swoich córek. Wamać, tego no... nieważne. No i wszędzie zdarzają się wyjątki. Piękny, naprawdę piękny opis natury ludzkiej, czasów, które jak uczy wieszcz, są zawsze przejściowe, przekroju społecznego... mogę tak długo, ale sięgnijcie po tę książkę sami, pamiętajcie tylko o przydługich passusach. Polecam ją przede wszystkim Y., który sam mi ją zarekomendował, a potem nie skończył, dzieląc notabene los innych moich znajomych, którzy mają ją na liście todo od czasów licealnych, sami będąc dawno po studiach :)
* * *
Obejrzany panacarpenterowy "Oddział". Poza arcyzjawiskową Amber Heard - nieszczególny siakiś.
* * *
Po "Nędznikach" z radością stanąłem przed półeczką z książkami, gdzie licznik niedoczytanych pokazuje już jakoś grubo ponad 50. Stanąłem, po czym wybrałem zaczytaną już chyba wielokrotnie panagrzędowiczową "Księgę jesiennych demonów". Czysta przyjemność, czysta rewelacja. Nawet, jeśli bohaterowie podczytują w tle "Gazetę Wyborczą".
* * *
Obejrzane "Łowca jeleni" [cicho tam!] i "Liga niezwykłych dżentelmenów". Recenzji pierwszego nie będzie, nie chcąc ubliżać Waszej znajomości klasyki, druga... jest filmem ciekawym, choć z mocno imo zmarnowanym potencjałem. Steampunkowa historia, w której dla ratowania świata spotykają się Sean Connery, Kapitan Nemo, Dorian Gray, niewidzialny człowiek i parę innych indywiduów, zaczyna z wysokiego C, a kończy... może niekoniecznie w rejestrach basowych, ale z pewnością nie jest to tenor. Warto obejrzeć, ale jak dla mnie niedoścignionym mistrzem gatunku pozostaje "Wild Wild West". Choć prawdę rzekłszy niedoścignionym nie z racji poziomu arcydzieła, ile wskutek nieszczególnie starającej się konkurencji.
* * *
Wszystko generalnie niedługo rypnie, aż pójdą drzazgi, czegoś takiego jeszcze nie widzieliśmy. Bez dwóch zdań - nie wiadomo tylko, kiedy i czym to się skończy; czy tylko ten patologiczny system wypieprzy się do góry kołami, czy nocą kolbami w drzwi załomocą; zapewne są twierdzący inaczej... oczywiście szanujemy ich. O Har-Magedonie ćwierkają już wszak nawet nie pojedyncze ptaszęta, ale całe, calusieńkie stada wróbelków [cholerni eurosceptycy z ostatniego linku btw., nie?]. W zasadzie cieszyłoby mnie to... gdyby nie to, że wciąż nie mam Planu. Mniejsza nawet o wiedzę, naprawdę - nie kończyłem MBA, ale nauczyłem się również, że o ile w grę nie wchodzi wiedza wysoce specjalistyczna, całą resztę można ogarnąć, często metodą prób i błędów. Ale moja zasadnicza wada - monstrualna [choć inni i tak mają gorzej] trudność przejścia z planów do działania - pozostaje. I to mnie martwi, bo czasu [i niezwiązanych środków] naprawdę mało...
* * *
Ku mojemu zdumieniu do "przegranych" gier doszedł niedawno [wreszcie]... DIRT. Ani to mój ulubiony gatunek, ani czasu specjalnie nie ma... Gdyby przyjrzeć się bardziej, przyczyn znalazłoby się jednak kilka: żal niewykorzystanej zabawki [niewykorzystanej do końca tak czy śmak... ręczna skrzynia biegów ze sprzęgłem czy pełny obrót są zdecydowanie ponad mój próg podnoszenia komputerowych kwalifikacji zawodowych...], starannie kultywowany kategoryczny imperatyw kończenia rzeczy już rozpoczętych, możliwość odstresowania się czy płynnie zrobiony system możliwości obserwacji swoich postępów - na najwyższym poziomie nie zagrałem co prawda ani razu, ale za to wyścigi nie do przejścia podczas prób po kilkudziesięciu minutach przechodziłem parę oczek wyżej. I nie wiem, co teraz - gier tanich jak barszcz zalega już cała półka, parę wieczorów znów spędzę pewnie na planowaniu średniego okresu.
* * *
Nadmierne teoretyzowanie i niemożność praktycznej realizacji planów zaczyna przybierać formę patologiczno - karykaturalną. Co mogę zrobić, odkładam, jak tylko się da. A co chciałbym zrobić - muszę odkładać ze względu na obecność osób trzecich na mojej ścieżce krytycznej. Ale może to tylko jesień.
* * *
Jaki masz plan na nadchodzące czasy przejściowe?...