11 maja 2008, 12:33:08
Wczoraj znów, wbrew wcześniejszym deklaracjom, robiłem zakupy w weekend, zamiast załatwić je w ciągu tygodnia. Z tej okazji przypomniałem sobie elegię na weekendowe zakupy, popełnioną niegdyś. Realia się zmieniły [niektóre], ale warstwa emocjonalna pozostała bez zmian. Przeklejone, by ocalić od zapomnienia i ku pokrzepieniu serc. Elegia lekko poprawiona i stuningowana, ale jądro zostawiłem.
/me nie znosi marketów. Nie wiem, skąd się bierze,
że gdy jestem w markecie, zamieniam się w zwierzę,
co w swych oczach ma tylko dziką mordu żądzę,
by stąd wyjść jak najszybciej, tracąc swe pieniądze.
Zazwyczaj bywam z Żoną. Autka wszak nie mamy,
ktoś więc musi dotaszczyć ten bajzel do bramy,
by stwierdzić poniewczasie, że oprócz sprawunków,
co nam w domu niezbędne, mamy na rachunku
dwadzieścia kilo czosnku w specjalnej promocji,
zapałki pakowane po dwanaście w porcji,
sznyty, fryty, dendryty, plastikową odzież
no i łysą papugę, co wrzeszczy jak młodzież.
Wczoraj ujęliśmy temat trochę inną modłą,
wziąłem Listę Zakupów, bo mi Żonę zmogło
I zacisnąwszy zęby, pomaszerowałem
Tam, Gdzie Twoje Marzenia Dziś Staną Się Ciałem.
Weszłem. I już od progu czuję, że mnie drzaźni
wszystko, co robi na złość mojej biednej jaźni
No i już chcę wychodzić... Zluzuj, narratorze,
Kupuj, co masz kupować, i umieść to w worze.
Gdzie złocisze na wózek? Aha... już dociera...
złote poszły na Rynku, gdzieś na hamburgera.
Warrrrrk. Zostawił ktoś wózek. Głupi, kto nie bierze.
... a sumienie do dzisiaj wyje niczym zwierzę.
Skręcam w Dwudziestą Piątą. Jak jedziesz, ofiaro?
Miałem kupić lazanię, a to?... To? Makaron.
Bardzo śmieszne. Znów nawrót. Znowu nowa wizja.
Makarony są tam?... Nie. JEBUT!! Znów kolizja.
A tu - Nabiał Avenue. Pod numerem osiem
Jakaś babka z promocji ma czołówkę z łosiem,
co nagrabił na tyle, żeby dostać w kufę:
z wózkiem na jednym metrze robił zwrot przez rufę.
Co jeszcze? Ach, jest kurczak! Kurczak jest na mięsie.
...kurczaka niet na mięsie. Torero się trzęsie.
Kurczak jest nieco dalej. Formalnie w konsumach,
realnie... obok klocków, przy pluszowych pumach.
Cały market zjeździłem dziś już z osiem razy,
jeśli cukru nie znajdę, zdechnę od zarazy...
Aż nagle mam ochotę walnąć sobie w ryło...
Cukier jest na tej półce. WCZEŚNIEJ GO NIE BYŁO!!!!!
Wreszcie wpadam na kasy. Znowu nie wykręcę...
Zakupy trzymam w jednej, kartę w drugiej ręce,
koszyk pcham lewą nogą, międląc gdzieś wśród gwizdu,
żeby mi nigdzie bałwan nie pojechał w świat.
Tam baba lecąc, z dala grozi, szumi, wyje,
ryczy, jak dzik przed bitwą, miota się, grunt ryje,
już dopadła: jak boa wśród półek się zwija,
pali piersią, rwie zębem, oddechem zabija.
Jogurt spadł blisko miejsca dla palet do hurtu,
lezie baba, nie patrzy, wlazła do jogurtu.
Jeszcze tylko zapłacić i już droga wolna,
torero cały happy, niczym myszka polna,
więc dzwoni po taryfę. Jedźże szybciej, leszczu!
Więc czeka na taryfę. Z zakupami. W deszczu.
Taryfa nadjechała, kierowca się biedził,
pomógł mi nieść zakupy, część nawet odcedził.
Torero przeszczęśliwy. Jutro auto kupi.
Wreszcie skończył ten wierszyk.
[Mickiewicz jest głupi].